kasamiyo Kasamiyo Akasawa

W okrutnym, pełnym anarchii i powojennego chaosu świecie władzę sprawują ci, którym dane jest posiąść wiedzę. A nią dysponują tylko dwie potężne organizacje, które zazdrośnie strzegą swoich tajemnic. Kalena, była niewolnica, nieoczekiwanie dostaje szansę zostania członkinią jednej z nich - Stowarzyszenia Skrybów, które pod pozorami wyłącznie naukowej działalności, od lat szkoli młodych wojowników. Z pomocą księcia Galaspiaela - swojego mistrza, z czasem zmienia się diametralnie. Idee organizacji stają się jej bliskie, a dzięki zdobytym podczas wyjątkowo trudnego szkolenia umiejętnościom ma szansę na zawsze odmienić swoje życie. Jednak już niedługo światem ma wstrząsnąć kolejna wojna. Blog: https://wojowniczka-z-kagolanii.blogspot.com/


Fantaisie Épique Déconseillé aux moins de 13 ans.

#fantasy #magia #wojownicy #książę #pierwsze_polskie_opko_na_Inkspired #opowiadanie #książka #rozdział #dodajętetagibymnieznaleźlixd #miłość #przygoda #wojowniczka #walka
0
3.5k VUES
En cours - Nouveau chapitre Tous les 10 jours
temps de lecture
AA Partager

Rozdział 1

– Co ci jest? – Namia powtórzyła pytanie kilka razy, a gdy nie doczekała się odpowiedzi, podeszła nieco bliżej. – Hej! Mówię do ciebie!

Kalena długo już siedziała skulona przy sadzawce. Szturchnięta drgnęła, jak wyrwana z głębokiego snu. Na krótki moment utkwiła wzrok w mówiącej do niej kobiecie, ale zaraz znów zaczęła się przyglądać tafli wody.

– Jestem trochę zmęczona – odparła cicho.

– Odpoczywasz już godzinę! Jeśli ktoś to zauważy, obie zostaniemy ukarane! O co chodzi? Dostałaś baty od pana?

– Nie.

– Dostaniesz?

– Nie – powtórzyła z większym naciskiem.

– To co się dzieje?

Dziewczyna odsunęła się nieco dalej. Długo milczała, zanim zdecydowała się wyjawić powód swojego smutku.

– Słyszałaś, co pan mówił rano? Sprzeda mnie! Pojedziemy na targ i mnie sprzeda! – Zamrugała szybko oczami, chcąc odgonić łzy. Udało się. Czuła, że ścisk w gardle powoli ustępuje.

Jej rozmówczyni zareagowała cichym prychnięciem i odgarnęła z twarzy niesforne pasmo ciemnych, jednak już powoli siwiejących włosów.

– I tyle? Zachowujesz się, jakby chciał cię zabić! Codziennie ludzie jeżdżą na targ, to nic takiego.

– Ale ja się boję!

– To popracuj trochę! Dobrze ci to zrobi, zbyt wiele czasu już zmarnowałaś! Chce cię sprzedać, to cię sprzeda, płacz tu nie pomoże. Cieszyłabym się na twoim miejscu!

Kalena umilkła. Próbowała odnaleźć w wykonywanych zajęciach jakąś pociechę. Lubiła pracować w ogrodzie, głównie dlatego, że gdy rośliny zakwitały, mogła podziwiać efekty swojej pracy. Teraz jednak miała bolesną świadomość, iż nie zobaczy już nigdy tego ogrodu. Odejdzie i zostanie zapomniana. Czuła się, jakby miała umrzeć, a nie zmienić miejsce zamieszkania.

– Twoja matka zawsze miała nadzieję, że nie zostaniesz tu na zawsze – Namia odezwała się ponownie i dziewczyna natychmiast skupiła na niej całą uwagę. – Modliła się o to, żebyś trafiła do lepszego domu. Być może jej bogowie właśnie wysłuchali tych próśb? Skoro nie żyje, to jest z nimi dużo bliżej, niż gdy była na ziemi i pewnie czuwa nad tobą.

– Wiesz dokąd pan mnie zabierze? Mówił, gdzie chce jechać? – zmieniła temat.

– Pewnie do Kagolanii. Ostatnio zaczął tam parę interesów, które chce dokończyć.

Dziewczyna pokręciła głową. Wydawała się już całkowicie zdruzgotana.

– Miałam nadzieję, że przynajmniej zostanę w Port! Dlaczego aż do Kagolanii, to okropnie daleko!

– Może i daleko, ale ludzie są tam bogaci i mają większe domy. I podobno tylko czekać, aż książę uzyska pełnoletniość, przejmie władzę i zakaże niewolnictwa! Na razie rządzi tam regent, ale zmiana to kwestia czasu. Hyan mówił, że podczas pewnego święta książę publicznie ogłosił swoje zamiary podczas przemowy do poddanych, a oni wiwatowali na jego cześć. – Na moment urwała i oblizała spierzchnięte wargi. – Kiedy już skończymy, idź pomóc dzieciom spalić liście. Nie rozumiem czemu pan powierzył to zadanie małemu Tokiemu, chyba tylko po to żeby mieć powód, by go później wychłostać. I sprawdź czy w kuchni nie potrzebują rozniecić ognia. Daję słowo, przed wyjazdem powinnaś kogoś z nas nauczyć, jak można wykrzesać płomień tak błyskawicznie!

Kalena poczuła w żołądku ssanie, ale zignorowała je. Pracowała dalej, jednak w ogóle nie mogła zapomnieć o swoich zmartwieniach.

– Trzeba być dobrej myśli – Namia nadal próbowała ją pocieszyć. – Masz piętnaście lat, jesteś już prawie dorosła. Kobiety w twoim wieku wychodzą już za mąż i opuszczają domy rodzinne. Z pewnością też się boją! Ale czy któraś płacze z tego powodu?

– Nie będziesz za mną tęsknić? Nigdy więcej cię już nie zobaczę!

– Oczywiście że będę tęsknić! Ale nie mogę zmienić decyzji pana. Dobrze, że mu się na coś przydasz. Żyjesz bo on tak chce, powinnaś być szczęśliwa, że zrobi z ciebie użytek i odpłacisz mu w ten sposób za wszystkie lata utrzymywania cię. A może trafisz do kogoś, kto cię polubi? Może staniesz się ukochaną niewolnicą swojego nowego właściciela? Da ci jeść trzy razy dziennie, będziesz chodzić wystrojona i odpoczywać na posłaniu z poduszek. Założę się, że w ogóle o tym nie pomyślałaś! Przestań się rozczulać nad sobą, jesteś żałosna gdy ciągle płaczesz!

Nie miała do niej żalu za te słowa. Wiedziała, że kobieta mówiła to w dobrej wierze, bo uważała, że takie coś jej pomoże stać się silną osobą. Niewolnicy nie mogli być słabi, bo jeśli byli, to umierali.

Strach narastał w niej z każdą godziną. Po południu dawała radę jeszcze go stłumić, jednak wieczorem całkowicie przejął nad nią kontrolę. Nie potrafiła wyobrazić sobie życia poza domem. Inni wspominali, że gdzieś było lepiej albo gorzej, opowiadali, że spędzili w jakimś miejscu ileś lat, a jej wydawało się to niepojęte. Miała swój mały świat, z którego czasem tylko wyjeżdżała na parę dni, ale zawsze wracała.

Spędziła bezsenną noc, przez co następnego dnia była potwornie zmęczona.

Wczesnym rankiem wyruszyli z Wolnego Państwa Port w stronę Kagolanii. Niewiele z tego zapamiętała. Po kilku latach potrafiła opowiedzieć jedynie o uczuciach, jakie jej towarzyszyły. O smutku, strachu i potwornej tęsknocie za znanymi sobie twarzami. Na początku cicho płakała, ale po paru minutach i na to zabrakło jej sił.

Droga była długa. Kalena obserwowała zmieniający się krajobraz, licząc że w końcu strach ją opuści i pozwoli zasnąć chociaż na moment. Od rana strasznie bolał ją brzuch i chociaż była bardzo głodna, nerwy nie pozwoliły jej zjeść śniadania w całości.

– Panie, a mógłbyś powiedzieć komu mnie sprzedasz? – zapytała, choć zdawała sobie sprawę z tego, że jej właściciel nie lubi, gdy niewolnicy odzywają się bez pozwolenia.

Wysoki mężczyzna, kierujący powozem spojrzał na nią i uśmiechnął się złośliwie.

– Pewnemu wyjątkowo okrutnemu tyranowi. Prosił mnie o takiego robaczka jak ty. Akurat tak się niefortunnie złożyło, że wszystkie inne mu poumierały, bo za bardzo je bił. On ma tak, że się zapomina i ręka mu sama leci.

Siedzący obok niej słudzy zaśmiali się. Kalena nigdy ich nie lubiła. Byli najsilniejsi z całej grupy i czasem właściciel zlecał im karanie nieposłusznych, gdy sam nie miał ochoty tego robić. Jej oczy ponownie zaszły łzami.

– Błagam, pozwól mi wrócić! – jęknęła.

– Nigdzie nie wrócisz! Ten gówniarz musi w końcu przestać wysyłać swoich ludzi za mną na wszystkie targi! Przeklęty, jak cała rodzina, z której wyszedł! I tak zawyżyłem twoją wartość, więc módl się żeby nie zauważył że nie jesteś już dziewicą!

– Błagam...

Jeden z mężczyzn wyjął długi skórzany pasek i złożył go na dwoje. Kalena wiedziała już, co to oznacza. Przesadziła. Chwycił ją za nadgarstki, tak że upadła na drewniane podłoże powozu. Uderzył trzy razy, ale to wystarczyło.

– Nie słyszałaś pana, suko? Masz siedzieć cicho.

Właściciel zmierzył go surowo wzrokiem.

– Towar nie może być uszkodzony! Jeszcze tego by brakowało, by stwierdził, że jest mało warta i zażądał dopłaty.

Podróż trwała cały dzień. Krajobraz szybko się zmieniał, ale w końcu Kalena przestała się nim interesować. Zrozpaczona położyła się w rogu, podkuliła nogi pod brodę i próbowała sobie wyobrazić, że to wszystko to tylko koszmarny sen. Chciała, by pan zawrócił i powiedział, że wszystko to było tak naprawdę karą za jej niegrzeczne zachowanie i tylko okrutnie z niej zażartował. Ale nie wracali. Jechali ciągle, coraz dalej.

Po kilkunastu godzinach czuła się wykończona jak jeszcze nigdy w życiu, jednak nie mogła odpocząć, bo czekały ją jeszcze targi na których musiała być obecna, jako jeden z towarów. Cały czas krążyli ze straganu, do straganu i z namiotu, do namiotu. Z lękiem przypatrywała się każdemu człowiekowi, z którym rozmawiał pan, myśląc że jest to handlarz niewolników, któremu zostanie przekazana. Spodziewała się, że zostanie zapytana co oznacza symbol wypalony na jej ramieniu i najpewniej ukarana za to, że nie będzie potrafiła udzielić odpowiedzi. Pan także tego nie wiedział, ale i tak to ona dostałaby karę.

Jednak z drugiej strony handlarze niewolników powinni sami wiedzieć, co oznacza każde piętno. Mieli nawet specjalne księgi, ze wszystkimi znakami, jakie wypala się niewolnikom. Na pewno ten też będzie taką miał. Kalena powtarzała sobie to ciągle, próbując się w ten sposób uspokoić.

W końcu jej właściciel złapał ją za ramiona i zmierzył wzrokiem od góry, do dołu.

– Zrobisz cokolwiek nie tak jak trzeba, to nie położysz się na plecach przez miesiąc! Osobiście o to zadbam! – zagroził. Weszli do białego namiotu, w którym siedziało dwóch ludzi. Starszy mężczyzna i młody, elegancko wyglądający chłopak, mający może kilka lat więcej niż ona. Nie wyglądali na handlarzy niewolników.

Kiedy chłopak ich zobaczył skinął uprzejmie głową, a potem zaczął rozmawiać z jej panem w języku, którego nigdy przedtem nie słyszała. Po chwili cofnął się o krok, wyraźnie czymś zdziwiony i wskazał na nią, a zaraz pokręcił głową mówiąc coś szybko. Kalena poczuła, jak na zewnątrz coś smakowicie zapachniało. Chciała zobaczyć co, jednak bała się odwrócić. Wolała nie zwracać na siebie uwagi.

Zerkała przelotnie na tego chłopaka i po chwili niechętnie stwierdziła, że musi być on bardzo silny. Zaczęła się zastanawiać, czy potrafiłby przeciąć jej skórę na plecach jednym uderzeniem rózgi.

Po jego wyglądzie mogła stwierdzić, że na pewno był bardzo bogaty. Nie przebrał się w drogi strój, on autentycznie pochodził z całkowicie innego otoczenia, niż reszta kupców. Skórę miał alabastrowo białą, tak jakby rzadko kiedy wychodził na zewnątrz, a jeśli już to na pewno nie po to, by pracować. Długo wpatrywała się w jego palce, które niesamowicie jej się spodobały. Wyjątkowo długie i smukłe, ale wciąż jednak nie wyglądające ani trochę na kobiece. Gęste, czarne, sięgające mu do ramion włosy były zaczesane do tyłu. Jego brązowe oczy przypominały jej własne, ale ciut większe. Patrzył na wszystkich bystro i bez cienia strachu, czy wstydu.

Wydawał się miły, ale jednak było w nim coś, co sprawiało, że wszyscy okazywali mu szacunek.

Na sobie miał zwykłą brązową koszulkę i spodnie, a na to jeszcze założony rozpięty płaszcz z ciemnoczerwonego materiału, ze sztywnym kołnierzem. Za ten płaszcz mógł sobie kupić dziesięć takich jak ona i jeszcze pewnie coś by zostało, jeśli umiałby się dobrze targować.

Stała, drżąc ze zdenerwowania, gdy obaj mężczyźni rozmawiali o jej przyszłym losie. Lekko kręciło jej się w głowie i bardzo bała się, że zaraz straci przytomność, a to źle by się dla niej skończyło. Ból brzucha znów dał o sobie znać. Miała ogromną ochotę się rozpłakać, ale wiedziała, że musi się powstrzymać, przynajmniej na razie.

W końcu skończyło się to tym, czego się spodziewała. Została oddana. Pan po prostu wyszedł, słudzy tak samo. Nawet się nie odwrócili. Była teraz tylko ze swoim nowym właścicielem, bo starszy mężczyzna, którego wcześniej widziała gdzieś sobie poszedł.

– Usiądź, pewnie jesteś zmęczona – odezwał się do niej – na targu jest zawsze okropnie duszno. Wybacz, powinienem ci to zaproponować wcześniej.

Z chęcią skorzystała z jego propozycji. Opadła na ziemię i cicho westchnęła, czując jak siły powoli ją opuszczają. Zawroty głowy nasiliły się jeszcze bardziej, ale powoli zaczęły ustępować, tak jak mdłości. Nerwy zastąpiło wycieńczenie i teraz miała ochotę spać.

– Mam na imię Galaspiael – powiedział, wręczając jej kubek z cudownie zimną wodą. – Przepraszam, że tak niegrzecznie cię potraktowałem. Wyglądasz, jakbyś długo nie odpoczywała, naprawdę czuję, że powinienem...

– Nic się nie stało, panie – przerwała mu. – Jestem wytrzymała.

Po jego uśmiechu od razu poznała, że tak nie sądzi.

– Widzę. Musisz zaczekać na zewnątrz, bo będziemy zwijać namiot. Wypij do końca. – Delikatnie odsunął jej rękę, gdy chciała oddać mu naczynie. – Pij. Gdybyś chciała więcej, to powiedz. Niestety nie mam nic do jedzenia, sam jestem głodny, jak pies. Mogę ci kupić pieczonego ziemniaka, bo widzę że tylko one zostały.

Kalena pokiwała głową lekko zdezorientowana całą wymianą zdań. On zachowywał się nietypowo. Rozmawiał z nią tak, jakby byli równi sobie. Przeprosił ją, a nawet nie wiedziała do końca, za co. Parę minut później pomachał do niej, dając znak, by poszła z nim. Wsiedli do podobnego wozu, którym przyjechała. Tylko że ten był w o wiele lepszym stanie i dużo większy. Galaspiael zachęcił ją, żeby usiadła obok niego i podał jej papierową paczuszkę.

– Jedźcie – zwrócił się do kilku mężczyzn, którzy najwidoczniej byli jego towarzyszami. – My weźmiemy wóz, jest wygodniejszy.

– W takim razie trzeba zaprzęgnąć do niego twojego konia. – człowiek, którego Kalena wzięła za biedniejszego przyjaciela swojego pana, zerknął na nią przelotnie. – Co za zniewaga dla tego wspaniałego zwierzęcia! Gdyby coś wam się stało, to po prostu krzyczcie głośno, może usłyszymy.

Galaspiael odpowiedział mu tylko uśmiechem i chwycił wodze.

– W domu też nie mam nic do jedzenia. Będziesz musiała pójść spać głodna, ale obiecuję, że taka sytuacja ma miejsce tylko raz. Przepraszam, nie spodziewałem się dziś gości.

Nie odpowiedziała. Pieczone ziemniaki w plasterkach były gorące i paczuszka zaczynała parzyć w palce. Jadła szybko, dmuchając co chwilę i starając się nie poparzyć języka. Chłopak zerknął na nią i kiwnął głową, jakby starając się coś zanotować w pamięci.

–Jak w ogóle się nazywasz?

– Kalena, panie.

– Ładnie. Proszę, nie bój się na mnie spojrzeć, gdy rozmawiamy.

Zacisnęła usta i wbiła wzrok w swoje stopy. Kiedy chłopak objął ją ramieniem, poczuła że nie daje rady opanować napływających do oczu łez. Zasłoniła twarz, gdy zauważyła, że patrzył na nią lekko zakłopotany.

– W porządku. Miałaś dzisiaj ciężki dzień, rozumiem to. Też nie czuję się dobrze.

Zanim wjechali na trakt, skończyła jeść ziemniaki. Ściskała w ręku pustą paczuszkę i co jakiś czas przyglądała się Galaspiaelowi, ale gdy tylko to zauważał natychmiast odwracała wzrok.

Okrył ją swoim płaszczem, gdy zrobiło się chłodniej i jechali w absolutnej ciszy. Zasnęła na moment. końcu powóz zatrzymał się, a chłopak kazał jej wysiąść i iść za sobą.

Zauważyła że jego dom znajdował się bardzo blisko muru otaczającego część miasta przeznaczoną dla arystokratów. Przeszli przez drewnianą bramę, a potem przez ogród, o wiele większy niż ten, którym zajmowała się poprzednio.

– To piękny dom – wyszeptała, gdy znaleźli się przed drzwiami wejściowymi.

– Cieszę się, że ci się podoba – mruknął. – To był długi dzień. Należy ci się odpoczynek.

– Bardzo pan dla mnie miły. – Chciała się ukłonić ale tylko opuściła głowę. – Dziękuję.

Galaspiael prostu się do niej uśmiechnął i gestem zachęcił ją, by weszła do środka. Zauważyła, że miał ze sobą długi sznur, którą prawie natychmiast wyjął z tobołka i rzucił za szafkę.

– Zdejmij tutaj buty – powiedział i zerknął na jej odsłonięte stopy. – Przepraszam, nie zauważyłem. Chodź ze mną.

Poprowadził ją prawie całkowicie ciemnym korytarzem, do pokoju, w którym znajdowało się małe łóżko. Kiedy zrozumiała, że ma się na nim położyć, zaczęła cicho pochlipywać, a gdy usiadł obok niej, skuliła się i zasłoniła sobie twarz rękami.

Usłyszała, jak cicho westchnął.

– Wiem, jak to jest tęsknić za domem. Naprawdę cię rozumiem. Nawet chciałbym cię oddać twojemu panu, ale podejrzewam, że wtedy i tak sprzedałby cię komuś innemu.

– To problem, że tu jestem? – jęknęła.

– Nie. Po prostu twoje pojawienie się to dla mnie duże zaskoczenie. Ale skoro już jesteś, to chyba tak miało być. Śpij. Jutro zjemy duże śniadanie.

Pogłaskał ją po głowie i wyszedł z pokoju. Wszystko wskazywało na to, że nie zamierzał wracać. Odwróciła się na drugi bok, zawinęła w koc i głęboko westchnęła.

*

Całe życie wielkiego księcia Washara z dynastii Huangjin na pozór wydawało się idealne. Wielu ludzi mówiło, że bogowie obdarzyli go wyjątkowym błogosławieństwem.

Był ósmym w kolejności potomkiem madegaldzkiego cesarza Xiansherima i ostatnim dzieckiem jego pierwszej żony. Od wczesnego dzieciństwa zdawał sobie sprawę, że nie ma praktycznie żadnych szans na przejęcie tronu, toteż gdy dorósł, nie myślał nawet, by podjąć walkę o władzę ze swoimi trzema najstarszymi braćmi. Nawet Shao Tien, trzeci w kolejności syn wątpił w swoje szanse.

Według tradycji koronę cesarską miał przejąć najstarszy potomek, ale nic nie było pewne. Ostateczne zdanie miał w tej kwestii cesarz.

Z roku na rok starsi bracia zaczynali pałać do siebie coraz większą nienawiścią. Washar opuścił dwór zaraz po wejściu w dorosłość i od tamtej pory słyszał wielokrotnie, że to on najbardziej nadawałby się na cesarza. Ponieważ spędzał wiele czasu poza murami pałacu, zaczął być postrzegany jako ktoś w rodzaju łącznika. Często wstawiał się za poddanymi i przez to zaskarbił sobie ich miłość. Żył spokojnie, wieści o dworskich intrygach zawsze do niego docierały, ale nigdy nie był w nie zaangażowany osobiście.

W domu Sprzysiężonych był skarbiec, a w nim największy sekret Madegaldu. Washar był strażnikiem złotej skrzyni w której przechowywano sekret potęgi cesarstwa czyli sposób przygotowania dynamitu. Co kilkanaście lat trzeba było ją odświeżać, by żadne słowo nie zginęło.

Z sali wyszedł człowiek z całkowicie ogoloną głową. Właśnie wykonał ostatnie zadanie swojego życia; sporządził nową kopię receptury. Wyciągnął przed siebie dłonie, w których trzymał nowy, starannie zwinięty w rulon zwój pergaminu. Wydawał się spokojny i pogodzony z losem.

– Wasza Książęca Mość, jeśli można prosić... – zaczął szybko, ale z każdym wypowiedzianym słowem mówił coraz wolniej i ciszej.

– Słucham.

– Czy ja mógłbym sam?

Zaskoczył go tym nietypowym życzeniem. Jego poprzednik błagał o litość, przez co Washar był pewny, że i tym razem w uśmierceniu będzie musiał pomagać jeszcze jeden strażnik.

– Oczywiście.

Przez cały czas książę trzymał schowany za plecami sztylet, który teraz podał stojącemu przed nim młodemu mężczyźnie. Ten wziął go, odsunął się o parę kroków i wykonał głęboki ukłon.

– To był dla mnie zaszczyt móc służyć Cesarstwu – powiedział cicho. Ostrze błysnęło srebrzyście, gdy uniósł je nad głowę, a następnie z całej siły wbił sobie w brzuch.

Washar przez chwilę jeszcze obracał w palcach zwój, zanim włożył go do skrzyni. Szkarłatna plama na podłodze zaczęła się powiększać.

– Powinni do tego brać starców – rzekł Naimoor. Drugi w kolejności brat przyprowadził tego nieszczęśnika i także obserwował jego śmierć – Gdybym został cesarzem, zmieniłbym to prawo. On miał przed sobą całe życie.

– Twoim zdaniem lepiej, by założyli rodziny, które będą mogły później ich opłakiwać? – zapytał chłodno. – Czy może wiernie służyć Sprzysiężeniu, ze świadomością, że są jak zwierzęta czekające na rzeź?

Naimoor spojrzał na niego z konsternacją. Zawsze dziwiło go, jak bezpośrednio i ostro Washar potrafił mówić o śmierci.

– Nie żal ci tych ludzi bracie?

– Codziennie ktoś umiera. Zabiłem naprawdę wielu ludzi od momentu gdy zostałem wybrany na strażnika tutaj. Żałuję tylko tych, którzy są mi bliscy. Los innych jest mi całkowicie obojętny.

8 Mai 2020 10:12:49 0 Rapport Incorporer Suivre l’histoire
0
Lire le chapitre suivant Rozdział 2

Commentez quelque chose

Publier!
Il n’y a aucun commentaire pour le moment. Soyez le premier à donner votre avis!
~

Comment se passe votre lecture?

Il reste encore 21 chapitres restants de cette histoire.
Pour continuer votre lecture, veuillez vous connecter ou créer un compte. Gratuit!

Histoires en lien